Oddałam się w ręce dietetyka. Czy było warto? cz.II 13


 

Część II. Dietetyk leczy insulinooporność

Wypowiedziałam wojnę insulinooporności, złemu samopoczuciu, marudnym dniom i ospałości. U dietetyka wylądowałam w marcu minionego roku. Za cel obrałam sobie nie odchudzanie, a doprowadzenie mojego zdrowia do porządku. Efekt uboczny – znikające boczki – jaki obiecała mi w gratisie Pani Monika, miał pojawić się sam.

 

Pierwsze spotkanie

Do pierwszego, godzinnego spotkania w Dietosferze musiałam się dobrze przygotować. Poświęciłam wieczór na przemyślenie tego co jemy. Wszystko spisałam na kartce, żeby o niczym nie zapomnieć. Począwszy od śniadania, kończąc na jedzeniu kanapowym. Przyznać się musiałam do wszystkiego – każdego ciasteczka, chipsa czy drinka. Cała reszta mojego żywienia, to dopiero była nuda! Pszenne bułki (najlepiej z wędlinką i majonezem), na obiad smażone mięsa z ziemniakami lub opływające w sosach makarony popite szklanką słodkiego napoju. Na spotkanie zabrałam również wszystkie najważniejsze wyniki badań jakie zleciła mi ginekolog–endokrynolog: morfologia krwi, glukoza, insulina, hormony tarczycy, prolaktyna, poziom witaminy D3. Dobry dietetyk zawsze powinien prosić o wyniki. Daje mu to wiedzę, na temat stanu naszego zdrowia i pozwala ukierunkować dietę. Jak wiadomo, odpowiednio dobranymi składnikami żywieniowymi można zdziałać cuda.

 

Ale wstyd

Siedziałam na kanapie, naprzeciwko mnie Pani dietetyk. Spowiadam się ze wszystkiego i czułam jak na twarzy oblewam się czerwienią. Z coraz większymi oczami Pani Moniki, było mi coraz bardziej wstyd. Pytania: „gdzie nabiały?”, „ gdzie warzywa?”, „gdzie woda?”, „gdzie różnorodność?” wbijały mnie coraz bardziej w kanapę. Przyznanie się do wszystkich moich grzeszków, nie było proste ale dało dobrą podstawę do ustalenia planu diety.

 

Podsumowanie spotkania

Dietetyk spisała moje nawyki żywieniowe, rzeczy, których nie lubię i jeść nie będę oraz te, które mi nie służą. Co znaczy, że mi nie służą? Od jogurtów naturalnych, twarogów i kefirów na twarzy dostaję wypieków, a np. od pieczarek, gotowanej papryki czy zup gotowanych na warzywach korzennych dostaję wzdęć, boli mnie brzuch i wyglądam jak ciężarna. Ustaliłyśmy, że dieta musi być ułożona w taki sposób, że spokojnie będę mogła zaspokoić nią potrzeby Bartka i Igi. Nie wyobrażałam sobie, że nagle będę gotowała dla siebie i dla nich osobno.

 

Przykładowy jadłospis

Naszą indywidualnie sporządzoną dietę otrzymałam po tygodniu. Do tego poradnik z ogólnymi wytycznymi na temat tego jak rozpocząć dietę i czego się trzymać. Najważniejsze dla mnie 3 punkty do zapamiętania, to:

  •  rozpoczęcie dnia szklanką wody z cytryną,
  •  jedzenie co 3 godziny, kończąc ostatnim posiłkiem na 3 godziny przed snem,
  •  picie minimum 2 litrów płynów.

 

Mój program żywieniowy zakładał 5 posiłków dziennie:

  •  śniadanie (około 8:00 ),
  •  II śniadanie(11:00),
  •  obiad (14:00),
  •  podwieczorek (17:00),
  •  kolacja (19:00/20:00).

 

Otrzymałam tabelę z daniami jakie powinnam sobie w danym dniu sporządzić.  Do tego oczywiście przepisy. To, co zostało mi zaproponowane, pozwoliło mi wierzyć, że dam radę. Wszystko już na pierwszy rzut oka wyglądało smacznie. Nie pomyliłam się ani trochę! Różnorodne śniadania, szybkie obiady i sałatki na kolację wniosły nową jakość w nasze życie.

 

Przykładowe przepisy (na 1 osobę) i lista przegryzek:

Efekty diety

Regularnie, co 2 tygodnie chodziłam na ważenie i pomiar podstawowych składników ciała, w tym ilości wody i tkanki tłuszczowej. Na każdym spotkaniu notowałyśmy około 2 kg tkanki tłuszczowej mniej. Na pierwsze pozytywne efekty diety nie trzeba było wcale długo czekać. Z dnia na dzień miałam więcej energii i nie chciało mi się spać po każdym posiłku. Moja twarz stała się bardziej promienna, a ciało powoli się kurczyło. Świadomość, że dieta pomaga, dawała mi chęć do wykrzesania z siebie jeszcze więcej. Nie lubię regularnie ćwiczyć, ale dużo chętniej wychodziłam na rower czy spacery. Ruch i odpowiednio dobrana dieta miały pozytywny wpływ na moją przypadłość – insulinooporność. Organizm dostał kopa do samodzielnego, niesuplementowanego lekami, radzenia sobie z insuliną. O to właśnie chodziło! Ja dodatkowo, od początku marca do końca września, kiedy byłam pod opieką Pani Moniki, spadłam na wadze z 75 kg do poziomu 60 kg. To dodatkowy bonus, który bardzo sobie cenię. Dzięki szczuplejszej sylwetce, znów zaczęłam akceptować swoje ciało i zaczęłam czuć się dużo atrakcyjniej.

Nie jestem ideałem

O dziwo, to wszystko zostało nazwane dietą – a ja jadłam do syta i smacznie, o czym wcześniej bym nie pomyślała. Dieta kojarzyła mi się przecież zawsze z głodowymi porcjami, jedzeniem produktów light, jogurtów naturalnych i katorżniczą walką ze sobą. Mój program żywieniowy był jednak inny. Pozwalał na odstępstwa. Imprezy czy święta nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Musiałam jedynie pamiętać o 3 głównych zasadach jakie podałam powyżej i mogłam próbować wszystkiego co chce w niewielkich ilościach. Nie oznacza to jednak, że szłam zawsze według wyznaczonych reguł. Nie jestem przecież ideałem. Nie raz przedobrzyłam na spotkaniu rodzinnym, nie umiałam odmówić ciasta mamie, obiadku teściowej czy piwka znajomym. Mój organizm zaczął jednak tak dobrze przetwarzać to co jadłam, że nie tyłam.

 

Wychodzenie z diety

Po wakacjach rozpoczęłyśmy proces wychodzenia z diety. By uniknąć efektu jojo, powoli w kolejnych dwutygodniowych cyklach zwiększałyśmy dawki żywieniowe. Powiększone zostały śniadania, przekąski a obiady uzupełnione zostały o kasze i ziemniaki. Na dzień dzisiejszy wciąż utrzymuję wypracowane efekty, a efektu jojo nie ma. Nie oznacza to, że może się nie pojawić. Muszę pamiętać o umiarze i o tym, żeby jeść różnorodnie. Z pomocą przyjść mogą poradniki. Ostatnio w moje ręce wpadła książka Magdaleny Makowskiej „Dieta uzdrawiająca organizm” – książka dotyczy diet przeciwzapalnych i zwiększających odporność. Można w niej dodatkowo znaleźć szeroko rozpisane plany żywieniowe dla osób z insulinoopornością, chorobami tarczycy, chorobami autoimmunologicznymi, czy dla osób zmagających się z zespołem policystycznych jajników (PCOS).

 

Czy było warto?

Jeśli zastanawiacie się, czy warto skorzystać z porady dietetyka proponuję, żebyście rozpisali sobie na kartce wszystko to, co w ciągu tygodnia zjedliście. Czy jest monotonnie, niezdrowo i czy aby nie czujecie się po tym niedobrze? Może okazuje się jednak, że zjadacie tylko 3 posiłki dziennie i zapychacie się na sam wieczór? Jeśli na większość z tych pytań odpowiadacie pozytywnie, to myślę, że warto skorzystać z profesjonalnej porady. Takie spotkanie z dietetykiem, który wysłucha czego oczekujemy, sprawdzi nasze wyniki badań i dobierze dla nas odpowiednią dietę z przedstawieniem ogólnych wytycznych to koszt około 100 zł. Rozpisanie diety na dni, wraz z przepisami i kontrolą co 2 tygodnie, to już nieco większy wydatek. Z doświadczenia wiem, że w różnych miastach wahać się może w granicach od około 150 zł do około 450 zł. Mimo wszystko zdecydowanie polecam wszystkim tym, którzy oczekują fachowej pomocy w doprowadzaniu swojego zdrowia i wyglądu do normy. Ja to wszystko zyskałam! Było ciężko, kosztowało to wielu wyrzeczeń, ale nie żałuję.

 

  • Enthia0

    Chociaż nie mam problemów ze swoją figurą, poszłabym do dietetyka, żeby ułożyć dietę, po której nie będę taka śpiąca i wiecznie zmęczona, Zapewne jedzenie ma na to jakiś wpływ.
    A Twoje postępy są super 🙂

    • Ogromny wpływ jedzenia ma na nasze samopoczucie. Jeśli jesteś senna, to zwróć uwage po jakich produktach. Może po tym jak zjesz tłusto albo słodko? Spróbuj eliminować w diecie takie elementy

  • Pamiętam, jak pewnego razu mój mąż nam ułożył jadłospis. W życiu nie chodziłam tak najedzona i nie chudłam tak szybko 😉
    Teraz też planuję wiztę u dietetyka. 😉

    • Wszystko zależy od dobranych składników diety i garmatury. Zobacz w moich przepisach jakie ilości jedzenia były mi proponowane. Było zawsze do syta, a chudłam około 2 kg tygodniowo 🙂

  • Mateusz Kuchciński

    To samopoczucie to największy jak dla mnie motywator. Z pewnością kiedyś przejdę się do dietetyka.

  • Przyznam, że jestem szoku, że dietetyk rozpisał dietę z tak ogromną ilością sztuczności… i cukru!!! Parówki czy paszteciki o dobrym składzie jeszcze bym zaakceptowała 1-2x w miesiącu, ale serek waniliowy (14 g cukru), batonik z ponad 2 łyżeczkami cukru w porcji, kisiel czy budyń instant z trzema łyżeczkami cukru w porcji, ciasteczka niby owsiane, ale z olejem palmowym oraz i cukrem i syropem glu-fru… No cóż, ja jestem na nie. Uważam że można jeść zdrowo i także słodko, ale bez używania kiepskiej jakości gotowców, bez stania nad garami i bez kupowania produktów które mają cukier na pierwszym miejscu w składzie!
    Ale pomimo krytyki od góry do dołu – i tak gratuluję efektu!!! I trzymam kciuki za stabilizację 😀😀😀

    • Justyna, to tylko wycinek diety. Parówki i pasztecik, w mojej kilkumiesięcznej diecie pojawiły się tylko raz. Były w rozpisce, pewnie dlatego, żebym schodząc powoli z tego co jadłam na co dzień, nie przeżyła szoku i się nie zraziła 🙂 Serek homogenizowany? Jedynie taka forma nabiałów jest przyswajana przez mój organizm. Jak pewnie czytałaś w moim w tekście, nie mogę jeść jogurtów naturalnych, kefirów, twarożków, nie pijam też mleka, bo dostaje uczulenia. Program żywieniowy rozpisany był pod moje preferencje, stąd też kisiel, czy ciasteczka owsiane. Jedzenie orzechów czy suszonych owoców w końcu też mi się nudziło. Nie jestem fit- frikiem i lubię zjeść sobie czasem coś ze sklepowej półki. Mądre korzystanie z wytycznych pozwoliło mi osiągnąć efekty. Zwalczyłam wysoki stan insuliny i schudłam 🙂 Oby się to wszystko utrzymało jak najdłużej.

  • Właśnie zastanawiam się nad pójściem do dietetyka i już sama nie wiem. Zapisuję od kilku dni to co jem i nie jest źle, znam zasady odżywiania, ale coś jest nie tak. Może to jakaś choroba, o której jeszcze nie wiem.

    • Zrób badania. Dużo dziewczyn ma problemy z tarczycą. Cukrzyca, Insulinooporność, Hashimoto, a może po prostu brak witaminy D3 może wpływać na nasze marne samopoczucie. Do dietetyka zawsze warto zabierać podstawowe wyniki badań. Taka pierwsza wizyta nie powinna dużo kosztować. Polecam.

  • Bardzo ciekawy wpis! 🙂
    Ja ostatnimi czasy jestem bardzo zmęczona i osłabiona. Nie wiem czego to jest wynikiem. Staram się spać odpowiednią ilość godzin i jest to dla mnie priorytetem. Niestety senność mnie nie opuszcza. Byłam na badaniach – wszystko w normie jednak było podejrzenie niedoczynności tarczycy – powtórzyłam badania ze skupieniem się na tarczycy. Odebrałam wyniki i wszystko jest w porządku. Muszę zastanowić się nad tym co jem i wprowadzić więcej zdrowej żywności – chociaż nie uważam, że jem dużo i złej jakości posiłki. Ruchu mam naprawdę sporo. Ehhh…

    • Teraz, kiedy jest mniej słońca warto się suplementować wit. D3. Kiedy ja sprawdzałam jaki mam jej poziom (niestety badanie odpłatne), okazało się, że jest znacząco poniżej normy. Prawie jak bym jej nie miała, a to przecież witamina, która dodaje energii życiowej 🙂 Staraj się też jeść lekko.

      • Nie pomyślałam o tej witaminie. Dziękuję za podpowiedź 🙂